Moje błękitne okulary

wiersze, podróże, fotografia

Frytki, cola i sporty zimowe czyli przerażająca opowieść o życiu Detrojan

USA

4.03.2008, Troy

Zawsze myślałam, że ludzie przesadzają mówiąc, że w USA je się tylko fast food. Może i owszem – mają więcej Mc Donald’ów i KFS, ale są przecież też normalne restauracje dla normalnych ludzi…

Co tu dużo mówić. 90% pozycji menu każdej restauracji (lepszej czy gorszej), to będzie coś na kształt fast food (kanapka, bułka czy naleśnik tortillowy z jakimśtam mięsem, pomidorem, sałatą, do tego frytki lub chipsy, ketchup, cola). Wszystko w tych samych, wiecznie bladych kolorach. O smaku i jakości podania decyduje standard restauracji: można iść do Coney Iland, gdzie ceny wahają się pomiędzy 2,5 a 5 dolarow za danie, a można iść do nieco lepszej restauracji, gdzie zapłacimy 15 – 20 dolarów i na pewno bardziej nam bedzie smakowało. Jak chcemy zjeść coś, co nazwałabym „normalnym obiadem” – pozostają nam restauracje, gdzie nie zejdziemy poniżej 30 dolarów za danie. I jak tu się dziwić Amerykanom, że tyją? Przecież nikogo nie stać na wydawanie 30 dolarow na kazdy obiad, a cos takiego jak gotowanie w domu należy do rzadkości. Tak więc Amerykanie, których widze w popularnych miejscach, w większości wyglądają jakby mieli zaawansowaną przepuklinę. Jak znajdzie się ktoś ładny i zgrabny, pewnie bez zbędnych pytań bierze się go do telewizji (tak zapewne powstają seriale typu Słoneczny Patrol czy BeverlyHills)\. O dziwo – w biurze Delphi wszyscy wyglądają normalnie. Zastanawiam się, co na to wpływa – większa świadomość prawidłowego odżywiania się czy zasobność portfela. Może to i to. A może to, że wielu ludzi tam pracujących ma mamę/tatę/babcię/dziadka/prababcię/pradziadka/…. z Polski?

Detroit city

No właśnie – Polska wcale nie jest w Detroit krajem no name, jak inne kraje Europy środkowo-wschodniej. Każdy umie powiedzieć „na zdrowie” ( tego tata lub inny polski krewny nauczyl), wie kto to Walesa… Wielu wskaże bezblednie, gdzie jest polska restauracja czy supermarket. Mam wrazenie, ze Polaków widzi się tu dość pozytywnie. Niestety nie zwalnia się ich od mandatu za parkowanie w niedozwolonym miejscu… a szkoda. Pomyśleć – tacy akuratni. A to przecież tutaj nauczyłam się łamać niektóre przepisy: przejeżdżać na czerwonym świetle gdy nic nie jedzie (inaczej trąbią za tobą), czy wyjeżdżać na światłach daleko poza linię zatrzymania. No i wreszcie przyswoiłam sobie zasadę zupełnie sprzeczną za zdrowym blond-rozsądkiem: po mieście przeważnie bezpieczniej jest jechać szybciej niż wolniej.

Jazda samochodem to zdecydowanie jedna z głównych aktywności fizycznych Amerykanów. Nie mogąc uwierzyć, że nie uprawiają oni żadnych sportow, wybrałam się do największego w mieście parku nad jeziorem. Główną część parku stanowi ogromny parking – garstka samochodów gubiła się w pustej przestrzeni. W parku mogącego pomieścić pół populacji Detroit – dwie kobiety biegające i jedna na biegówkach (swoją drogą wyglądała na bardzo nieszczęśliwą). Gdzie Ci wszyscy ludzie z zaparkowanych samochodów? Dopiero obraz jeziora przede mną uświadomił mi, jaki jest ulubiony sport zimowy tutejszych ludzi. Łowienie ryb w przerębli. Na jeziorze po horyzont widać duże sześcienne namioty, ludzie siedzący na krzesełkach, każdy przy swojej dziurze, pomimo mrozu -20 stopni. Oczywiście do tego cała otoczka dająca do zrozumienia, że to sport nie dla biedaków – parada suv’ow tudzież jeep’ow (im wiekszy tym lepszy), skutery snieżne, odpowiedni sprzet, ubranko, namiot. No i cały dzień z głowy – nie trzeba myśleć, poruszać się… a złowione ryby i tak wrzucają z powrotem do wody. No i można pić.

Detroit - Great Lake

Jak zapytałam kilku osób, co można w Detroit robić ciekawego przez weekend (może coś zobaczyć, pozwiedzać), długo myśleli nad odpowiedzią. „Ja to przez weekend piję” – powiedział w końcu znajomy. No to poszliśmy pić. Między innymi do baru z karaoke, gdzie – o dziwo – posłuchałam bardzo dobrej muzykli w wykonaniu paru czarnych wokalistek – amatorek. Zapewne dzieki temu, ze piliśmy, udało mi się namówić znajomych na pierwsze w ich zyciu narty w sobote. Niestety także dlatego, że piliśmy – nie udało się na te narty w sobote pojechać.

No i tak to drugi weekend minął mi na załatwianiu zaległych spraw (internet w zaskakująco popularnej bibliotece publicznej), zakupach (wykupilam caly asortyment ekstremalnych kremow przeciwslonecznych i jeszcze bardziej ekstremalnych sprayów przeciwinsektowych w Detroit), obserwacji ludzi (odwiedzanie restauracji typu Coney Iland uważam za pewnego rodzaju lekcje poglądowe, co niestety mogę przypłacić zdrowiem), oraz praniu (sprzątaczka jutro zdecydowanie dostanie zawału).

Nie pytajcie mnie proszę o zdjęcia. Próba sfotografowania budynku Delphi zakończyła się rozmową ze strażniczką. Próba sfotografowania jakiegoś ciekawego miejsca w północnej części miasta prawdopodobnie zakończy się mandatem za zatrzymywanie się w niedozwolonym miejscu, lub za poruszanie się po mieście pieszo (mam wrażenie że takie mandaty też istnieją). Próba sfotografowania południowej części miasta może się zakończyć utratą życia lub w najlepszym wypadku – aparatu. Sztuki robienia zdjęć podczas jazdy samochodem jeszcze nie opanowałam. Jak chcecie zdjecia supermarketów – proszę bardzo…

Pozdrawiam wszystkich ciepło z mroźnego końca świata i zachęcam do wybierania na wycieczkę innego miejsca niż Detroit.

Reklamy

Kwiecień 25, 2008 - Posted by | Detroit, relacje z podróży | , ,

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: